Katarzyna Walter… o starzeniu

Ogólna, Pamiętniki EK, Wydarzenia |

Katarzyna Walter….nie znam za bardzo tej pięknej polskiej aktorki, ale  wiem  że gra w serialu ” Na wspólnej ” , którego też nie oglądam , bo ja nie jestem „serialowa „.  Dlaczego ?  Dlatego , że ja się wciągam w seriale,  a na to nie mam czasu zwłaszcza jeśli należą do tzw tasiemców ! Chyba , że   serial ma parę odcinków jak np. ” Diagnoza” ze wspaniałą Mają Ostaszewską , którą bardzo lubię wtedy świadomie oglądam. I tak zawsze jakieś odcinki przegapię ! Ale nie o tym chcę pisać….znalazłam w Plejada .pl ciekawy wywiad  z Panią Walter , który jest bliski mojemu podejściu do życia , więc postanowiłam obszerny fragment opublikować na moim blogu.

Może napiszecie swój komentarz do tego wywiadu ?

Wywiad z Michał Misiorek w Plejada.pl ( foto z autorem wywiadu)

Istnieją dla pani tematy tabu?

Właściwie nie. Walcząc o siebie, a walczę przez całe życie, dowiedziałam się, że można mieć słabości, wady, problemy, ale trzeba o nich mówić. Nie robić z siebie supermena. Jeśli przyznasz się sam przed sobą, że jesteś człowiekiem, to rozmowa na żaden temat nie będzie stanowiła problemu. Oczywiście, są pewne przeżycia traumatyczne, o których nie chcemy mówić. Ale z drugiej strony, gdy się ich nie skrywa i nie tłamsi w sobie, mniej bolą. Są też sprawy intymne, które powinno się zachować dla siebie ze względu na poszanowanie swojego partnera.

Ludzie boją się mówić o starzeniu się, medycynie estetycznej czy ludzkich potrzebach. Pani otwarcie o tym wszystkim opowiada. Skąd takie podejście?

Mam udawać, że mam dziesięć lat mniej? Mam udawać, że nie zrobiłam sobie powiek? Po pierwsze, to widać. Po drugie, to normalna rzecz. Dlaczego mamy się oszukiwać? Wiele razy widziałam koleżanki, które twierdziły, że niczego nie robiły z twarzą, a były tak naciągnięte, że ledwo gadały. To jakieś tanie słabości. Jestem osobą dość otwartą, cieszy mnie moje starzenie się. To naturalna kolej rzeczy. Mam za plecami zestaw różnych przeżyć i doświadczeń, mam dorosłe dzieci – to ważne. Nie mam ochoty niczego udawać. A ludzkie potrzeby… Tak, przyznaję się, że potrzebuję erotyki, ciepła. To normalne.

Nigdy nie bała się pani tego, co ludzie na to powiedzą?

Jestem od tego wolna. Liczę się jedynie ze zdaniem bliskich. Rady i ocena osób zaufanych są potrzebne. Ale na świecie jest wielu kretynów i wyrafinowanych oszustów, nie można się nimi przejmować. Jeśli masz uczciwą konstrukcję, która pozwala ci funkcjonować, jesteś dobry i znasz swoją wartość, to będziesz żył po swojemu, nie przejmując się opinią ludzi subiektywnych. Gdybym coś udawała, to czułabym się bardzo niepewnie. Do czego to prowadzi? Między innymi do histerycznego naprawiania swojego wyglądu. Tak, robię sobie twarz, ale nie co miesiąc – co pół roku. Nie chcę być lalką. Jak sama uznam, że przytyłam, to się odchudzę. Jak uznam, że gorzej wyglądam, to będę więcej spała. Jak wypadnie mi oko, to zrobię operację.

Zdaje sobie pani sprawę, że to, co pani mówi, może być odbierane jako kontrowersyjne?

Nie, ale czy podejrzewa pan mnie o to, że chcę być oryginalna na siłę i budzić kontrowersje?

Nie. Tylko pytam.

Nie interesuje mnie to, czy ktoś odbiera mnie jako kontrowersyjną, czy nie. Oczywiście, w świecie artystycznym takie osoby są popularne. Mogłabym więc celowo kreować się medialnie czy zawodowo na dziwaka. Ale ja tego nie robię. Gdybym zaczęła kreować swój wizerunek, przestałabym być sobą. To, że rzucę kurwą raz i drugi, wcale nie znaczy, że mieszkam pod mostem. Nota bene mieszkam, ale w kamienicy pod mostem. (śmiech) Możliwe, że dla kogoś jestem kontrowersyjna. Ale na pewno nie na siłę. Chcę żyć w zgodzie ze sobą. Nie mogę patrzeć na udawactwo. Nie mogę patrzeć na kobiety, które próbują przekonać cały świat do tego, że są wiotkie, zgrabne, powabne i szczęśliwe w życiu, a tu boczki wiszą, choć obciśnięte, oczy smutne i ruchy niespokojne… Udając, że jest wszystko cacy, płacimy za to podwójną cenę. Nie ma co się napinać, tylko, jak coś nie jest cacy, trzeba to rozpieprzyć.

Emocje i kontrowersje wzbudza też pani postać w „Na Wspólnej”. Internet jest pełen memów z pani udziałem.

Fajnie. Cieszę się, że ludzie zauważają, że o coś walczę jako serialowa Agnieszka. Bardzo chciałam, żeby ta postać ciągnęła za sobą ważne, aktualne problemy. Chciałam pokazać słabości starzejącej się kobiety, która nie ma dzieci. Z jednej strony jest wymalowana i ma doklejone rzęski, a w środku ma konflikt ze sobą, który objawiał się słabością do alkoholu. Straciła ciążę, bo pijana spadła ze schodów. Potem miała niewolniczy związek z Rafałem. Następnie prawdziwie zakochała się w młodym człowieku i zaczęła popełniać błędy – nieudana operacja plastyczna.

Trudno gra się postać z tyloma problemami?

Najtrudniej gra się postać, która siedzi na krześle i popija herbatę. To tragedia, dla ludzi, którzy mają ambicje w tym zawodzie. Przecież każdy człowiek ma problemy. Nie ma kobiet, które tylko wachlują się, robią pazurki i patrzą w dal.

Ale podobno miała pani sporo obaw przed rozpoczęciem wątku z młodszym parterem.

Bo dali mi wyjątkowo młodego i ślicznego faceta. Michał Mikołajczak jest bardzo przystojny i wygląda na dużo młodszego niż jest w rzeczywistości. Trochę się tego przestraszyłam. Są pewne granice tolerancji, chociażby ze względów estetycznych. Obawiałam się, że gdy pomarszczona będę tuliła się do pięknego ciała, będzie to źle wyglądało. Natomiast okazało się, że ten wątek jest bardzo dobrze odbierany przez kobiety w moim wieku i starsze. Każda z nas marzy o księciu z koniem czy bez… Oczywiście, może dać ją nam też starszy partner, ale nie jest tajemnicą, że przy młodszym mężczyźnie, my też czujemy się młodziej. To żadne dziwactwo, żadne zboczenie. Chyba, że to różnica czterdziestu czy więcej lat – to byłoby chore.

Kiedyś powiedziała pani, że każda kobieta po pięćdziesiątce marzy o takim romansie.

Jedne pozostają z tym w sferze marzeń, a inne faktycznie zaczynają się rozglądać za młodszymi. Jest w tym coś energetycznego. Panowie w moim wieku w większości są trochę legawi, mają w sobie mało spontaniczności i nie chce im się przeć do przodu. Starzejącym się kobietom brakuje szaleństwa. Młodsi mężczyźni mają więcej energii. Poza tym są sprawniejszymi kochankami i mają zadbane ciała. Miałam i młodszego, i starszego partnera, więc mogę zaryzykować stwierdzenie, że ci młodsi mają więcej fantazji. Na przykład o dwunastej w nocy potrafią wyciągnąć na spacer nad Wisłę. Kobiety tego potrzebują. Z polotem panów około sześćdziesiątki bywa gorzej.

Ale młodszy partner jest społecznie mniej akceptowany niż młodsza partnerka u boku mężczyzny.

Wkurza mnie to! To samo jest z piciem alkoholu. Widząc uchlanego faceta, wzruszamy ramionami i śmiejemy się, że jutro będzie się męczył. Natomiast widok pijanej kobiety budzi zgorszenie. W jednym i drugim przypadku nie wygląda to zbyt fajnie, bo się szmacą. Natomiast dlaczego akceptujemy chłopów, którzy piją, a kobiet już nie? Oczywiście nie namawiam do uchlewania się do nieprzytomności. Chodzi mi o to, żeby zmniejszyć dysproporcje w ocenie mężczyzn i kobiet. Nie wymagajmy od kobiet, żeby ciągle były zasznurowane, zamknięte w garach, smutkach i nie walczyły o chwilę przyjemności – rozrywki.

Jak pani sądzi, z czego wynikają te dysproporcje?

To jakieś przedwojenne morale. Kobiety mają być kurami domowymi i pilnować ogniska domowego. Nie przystoi gotować obiadu na kacu. Ja się pytam, dlaczego? Może będzie trochę przesolony, ale czy to naprawdę jest problem? Nie chcę nikogo nakłaniać do hulaszczego trybu życia, ale, na litość boską, panowie, miejcie więcej tolerancji wobec kobiet. To, co dzieje się teraz, jest nieuczciwe.

Podobnie jest z poprawianiem urody. Od mężczyzn się tego nie wymaga, a od kobiet coraz częściej.

To się zmienia. Coraz częściej mężczyźni też poprawiają urodę. I dobrze! Jak facet ma zasyfiony pysk i nie chodzi do kosmetyczki, to jest odrażający. Lepiej coś z tym zrobić. Kiedyś używanie kremu przez panów było uznawane za niemęskie, dziś jest to powszechne. Znam też wielu mężczyzn, którzy regularnie stosują botoks. Natomiast nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o tolerowanie zmarszczek. Kobieta ma być gładka, a facet ze zmarszczkami jest jeszcze bardziej męski. Dlatego zachwycają mnie takie kobiety jak Meryl Streep. Są piękne w swej starości, bo jak sztandar noszą swoje pomarszczone twarze.

Pani lubi swoje zmarszczki?

Kocham grać bez makijażu. Czuję się wolna. To po części odpowiedź na pana pytanie. Gdy kręciliśmy sceny podczas odwyku mojej bohaterki w „Na Wspólnej”, miałam na twarzy jedynie puder, żeby się nie świecić. Spojrzałam wtedy na siebie z przyjemnością. Był ważny temat, przy którym wymalowana gęba byłaby żałosna. Moje zmarszczki bardzo mi pomogły.

Były momenty, kiedy było inaczej?

Szokiem dla wielu aktorek było przejście na zapis cyfrowy. Większość filmów, w których grałam, nagrywanych było na światłoczułej taśmie filmowej. To był miękki obraz. Cyfra jest demaskująca, ostra – wypunktuje każdą niedoskonałość. Musiałam się z tym oswoić. Przez pewien czas mnie to denerwowało. Ale nie chodziło mi to, że chciałam być piętnaście lat młodsza. Zależało mi tylko i wyłącznie na względach estetycznych. Pracuję sobą – nie tylko nóżkami i rączkami, ale również gębą. To nie może być dla widza przykry widok. Gdy gram scenę miłosną z młodym parterem i moja twarz jest poorana, nie wygląda to dobrze. Nie był to też powód do jakiejś dzikiej rozpaczy, znalazłam chyba sposób, żeby z tego wybrnąć.

Bywało tak, że patrzyła pani w lustro i nie była pani zadowolona z tego, co w nim pani widzi?

Nie, lubię swoją twarz, ale bez obawy, nie wpadam w samouwielbienie. Gdy coś mi się nie podobało, stwierdzałam, że jestem zmęczona i muszę się wyspać, nałożyć maseczkę lub pójść na botoks czy kwas hialuronowy. Nigdy nie zdarzyło się, żeby mój wygląd mnie przeraził i żebym uznała, że natychmiast muszę coś ze sobą zrobić. Wiem, że powinnam zrobić już operację plastyczną, ale „bez nerw”.

Dlaczego?

Nie chcę wyglądać jak porcelanowa lalka. Poza tym, to bardzo groźne, bo podczas operacji można przeciąć nerw, a wtedy to już koniec. Ale nie mówię, że nigdy tego nie zrobię.

Trudno zaakceptować kobiecie to, że się starzeje i zmienia?

Wszystko zależy od tego, czy człowiek akceptuje siebie i swój wiek. Dawno temu eleganckie panie nie chciały podawać daty urodzenia do dowodu osobistego. Niektóre mocno zaniżały swój wiek. Dziś jest to śmiesznostką. Ja nigdy nie miałam problemu z tym, żeby powiedzieć, ile mam lat. Moje starzenie ma dla mnie wartość.

A co z niezależnością?

W życiu prywatnym nikt nie dyktuje mi warunków.

Trudno żyje się z takim podejściem?

Bardzo trudno, bo trzeba na siebie zarobić i jeszcze cieszyć się życiem.

Ale warto?

Uważam, że warto. Tylko wtedy można poczuć się człowiekiem. Jestem po pięćdziesiątce i wiem, że to ostatni czas, kiedy można naprawdę przyzwoicie żyć. Nie chcę marnować czasu na głupoty. Nie chcę zatrzymywać się nad „gównami”. One leżą i śmierdzą. Trzeba przejść obok i uważać, żeby w nie nie wdepnąć. Po prostu nie traćmy czasu.

2 odpowiedzi na “Katarzyna Walter… o starzeniu”

  1. Edward napisał(a):

    Urocza kobieta i życiowy wywiad.Nic dodać i nic ująć;aby życie było piękne,trzeba akceptować siebie i swój wiek.Trzeba mieć również dużo zainteresowań i pasji.Wielokrotnie czytałem,że życie zaczyna się po pięćdziesiątce;to prawda „Życie jest piękne,jak się żyć umie”,czyli wszystko zależy od nas.

    • Mandarynka Ela napisał(a):

      Dziękuje Edi za komentarz i witaj w moim „mandarynkowym świecie” ! tak zgadzam się , życie wypełnione pasjami i zainteresowaniami samo w sobie staje się interesujące ! Pozdrawiam i czekam na następne komentarze od Ciebie !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *